Recenzja: Enter the Gungeon

Co tu dużo mówić

Enter the Gungeon to gra wyjątkowa, jestem nią zachwycony!

bbbbbbbbbbbbbbbb

Zacznijmy od początku, czyli od fabuły. W grze wcielamy się w jedną z czterech postaci: Marine’a, skazaną więźniarkę, pilota, oraz łowczynię. Każda z nich posiada własne i niepowtarzalne cechy, na przykład Marine ma dodatkowy pancerz chroniący przed obrażeniami, a łowczyni jest wspomagana przez czworonoga (chomika? ). Ich głównym celem jest dotarcie na najniższy poziom lochu giwer, aby znaleźć legendarną broń zabijającą przeszłość (sic!). Zadanie to jednak nie jest takie łatwe, na drodze naszego protagonisty staną hordy przeciwników o zabawnych nazwach odwołujących się jawnie do broni oraz amunicji: spotkamy nabojaki, strzelbiaki, bardzo niebezpieczne zawleczaki, czy ołowianą dziewice. Dość powiedzieć, że rodzajów wrogów jest od zatrzęsienia, każdy z nich ma również stosowny opis w „amunomiconie”, czyli coś rodzaju bardzo zabawnej encyklopedii, z której dowiadujemy się  więcej o rodzajach wrogów i broni.

Bardzo spodobało mi się również to, że autorzy gry na każdym kroku „puszczają oko do gracza”. Na przykład przeciwnik „kopacz” jest opisany „bez podtekstów politycznych”.

W Enter the Gungeon oczywiście nie zabrakło bossów i to bardzo wymagających już od pierwszego poziomu, począwszy od Mewy Gatlinga, po rodzeństwo Nabojaków, czy Króla Nabojów. Oczywiście wszystko to jest ukazane w sposób czysto humorystyczny.

Kopacz, czyli jeden z niemilców :)

Kopacz, czyli jeden z niemilców. Oczywiście, bez podtekstów politycznych.

Prawdziwie smacznym kąskiem w grze jest broń, a tej jest tutaj od groma! Począwszy od klasycznych „tommy Gunów”, AK-47 i rewolwerów po… skrzynki pocztowe,  strzelbę morską z rybim ogonem, miotacz kowadeł (!), a nawet uli! Jest w czym wybierać, jednak nie myślcie sobie, że wchodzicie do sklepu i znajdujecie broń na każdym kroku. O nie!

Król Nabojów. Aby z nim wygrać łatwo i przyjemnie módl się o dobrą broń!

Król Nabojów. Aby z nim wygrać łatwo i przyjemnie módl się o dobrą broń!

Enter the Gungeon za każdym razem generuje lochy od nowa, losowość w grze jest decydującym czynnikiem o niepewność własnego losu. A więc można mieć szczęście i grać w podziemiach z komnatami posiadającymi mnóstwo ścian i wnęk, gdzie możemy schować się przed wrogiem oraz znaleźć w skrzynkach silną broń, która w szczególności przydaje się w walkach z bossami. Możemy też mieć pecha i trafić już w pierwszej komnacie na hordę strzelbiaków i magiczne księgi, które nie dadzą ani sekundy wytchnienia!

Gra nie daje wytchnienia i na każdym kroku trzeba mieć się na baczności.

Okrutnie wysoki poziom trudności to równocześnie wielka zaleta, jak i ogromna wada, szczególnie gdy połączymy to z losowo generowanymi podziemiami, rozkładem przeciwników i broni.

Ogólnie można przyjąć – trafisz na złą broń i twoim bossem jest np. Król Nabojów? Masz przechlapane.

Gra wymaga od gracza siódmych i ósmych potów oraz całkowitego skupienia na rozgrywce. Nie ma tu czegoś takiego jak „save” w klasycznym ujęciu. Pozbierasz broń i zginiesz na czwartym poziomie? Sorry, zaczynasz od nowa. Jedynie pojawiają się nowe postaci NPC, które uratowałeś w podziemiach oraz specjalna waluta za którą można kupić odblokowanie broni (co wcale nie znaczy, że ją znajdziemy na którymś z poziomów). Podczas gry jesteśmy wręcz zmuszeni do perfekcyjnego poruszania się, uników oraz poznania charakterystyki wrogów. Ogólnie rzecz biorąc Enter the Gungeon nie bierze jeńców i nie jest to produkcja dla casuali. Pomimo wyśrubowanego poziomu trudności gra jest wściekle satysfakcjonująca i wciągająca, choćby wtedy gdy za piętnastym podejściem udaje się wreszcie zaliczyć trzecią komorę podziemi. Dodam, że najczęściej grając w inne gry tego typu daruję sobie po dwóch trzech próbach rzucając „mięsem” na wszystkie możliwe strony.

Tym razem marine ma dobrą broń. Co nie znaczy, że za chwilę nie zostanie załatwiony przez nabojaka...

Tym razem marine ma dobrą broń. Co nie znaczy, że za chwilę nie zostanie załatwiony przez nabojaka…

Grafika w grze przywodzi na myśl tą znaną z konsol 16 bitowych takich jak SNES, czy SEGA, jednak nie jest to absolutnie żadna wada, co więcej jest to wielka zaleta. Oprawa wizualna dzięki temu jest bardzo czytelna i estetyczna, animacje przeciwników, naszej postaci, broni oraz otoczenia są wykonane bardzo starannie.

Enter the Gungeon to gra, która mnie osobiście zaskoczyła i w moim rankingu jest to murowany kandydat do indyka roku. Nie wszyscy gracze się z tym zgodzą, szczególnie ci oczekujący bezmózgiej łupaniny a’la Serious Sam w 2D. O nie! Taka jak wspomniałem – Enter the Gungeon wymaga od gracza zręczności, ale i zmysłu taktycznego oraz dużej dozy szczęścia. Polecam ją graczom lubiącym trudne i wymagające gry, miłośnicy Dark Souls lub Hotline Miami znajdą w tej produkcji coś dla siebie – warto dać jej szansę a wciągnie was jak ruchome piaski, będziecie często rzucać mięsem pod adresem gry, ale sami zobaczycie wielokrotnie powiecie: „To już ostatni raz, jeszcze tylko spróbuję łowczynią…” i tak w kółko.

Kolejny raz zostałem zabity. Taki widok w grze zobaczycie kilkadziesiąt (set?) razy :)

Kolejny raz zostałem zabity. Taki widok w grze zobaczycie kilkadziesiąt (set?) razy.

Dawno tak się nie ubawiłem (i nauczyłem nowych wiązanek) jak grając w Enter the Gungeon (nawet Skyrim poszedł w odstawkę). Szczerze polecam!

Zdjęcie profilowe Jimmi86
30-letni miłośnik, by nie rzec maniak gier komputerowych. Łączy miłość do gier z książkami i dobrą muzyką. Z pasji, powołania i wykształcenia jest chemikiem teoretycznym skaczącym pomiędzy grami komputerowymi a równaniami mechaniki kwantowej.
  • Netrofal

    oj wygrałem w tej grze już 34h 🙂 coś pięknego