Recenzja: Hard Reset Redux

Strzelanie do czegokolwiek na konsoli za pomocą pada zazwyczaj wydaje się karkołomne. Ewentualnie niektóre tytuły przypominają rodem te z automatów, posiadają opcję automatycznego namierzania twarzoczaszki oponenta. Na całe szczęście tytułów, które naprowadzają nam celownik wprost na cel nie jest zbyt wiele, a przynajmniej nie robią tego pełnoprawne FPS-y. Tak jest, Hard Reset Redux to typowa strzelanka, bez żadnego pitu-pitu, choć mało w niej nowego względem pierwowzoru.

W pierwsze Hard Reset nie miałem okazji zagrać w ogóle. Jakoś nie mój klimat. Nie to, że nie lubię strzelanek, ale uważam że słanie pocisków do czegoś co nie jest człowiekiem i nie leje się krew, nie ma najmniejszego sensu. Red. nacz. podrzucił mi grę na kilka dni przed oficjalną premierą, ale z powodu egzaminów, pracy, ładnej pogody, kuso ubranych dziewcząt, zimnego piwa i Mistrzostw Europy, zabierałem się do HRR jak pies do jeża.

Sceneria Hard Reset Redux ma miejsce w nieodległej przyszłości. Ziemia została w całości opanowana przez kosmitów (zieeew). Ostatnią, niezdobytą twierdzą jest miasto Bezoar, a naszym protagonistą i obrońcą ludzkiej razy niejaki major Fletcher. Zero zaskoczenia, zero efektu typu – wow, oni naprawdę to wymyślili, pomysł w dechę!. A sorry, to wersja Redux. Z pierwowzorem zapoznawałem się przez różnorakie gameplaye, szerokim łukiem omijałem recenzje żeby nie zepsuć sobie zabawy. Gdybym jednak zmierzył się z pierwowzorem, miałbym niepodważalne wrażenie jakbym oglądał powtórkę meczu piłki nożnej.

Do przejścia mamy 7 levelów, a w ekrany ładowania twórcy elegancko wpletli historię. W iście komiksowy sposób! Niestety fabuła jest płytka jak sto pięćdziesiąt, dużo bardziej wciągały mnie przerywniki filmowe w kolejnych częściach Call of Duty czy Battlefield. Tak, wiem, jestem wymagający, ale o to tu właśnie chodzi. Mimo wszystko i tak szacun należy się twórcom, za to że nie zostawili nas z pustym ekranem ładowania.

Screenshot-Original(1)

Levele zaprojektowane są w ciemnych barwach, mając telewizor z wysokim poziomem czerni, a takie się teraz robi te LED-y, żeby dorównać śp. plazmie, zobaczymy niewiele. A nawet jak zobaczymy, zasmucę was, Hard Reset Redux to nie dość, że pozycja pozbawiona pięknych widoczków, to na dodatek korytarz, w którym nie można się zgubić. Konstrukcja zakłada, że należy przeć cały czas do przodu. Żeby nie było nudno, czasem trzeba coś włączyć lub wyłączyć, coś przełączyć, odciąć lub doprowadzić zasilanie. Pojawia się pewien zgrzyt logiczny. W jednej z map muszę pogmerać przy zasilaniu i widzę, że kable pną się w górę po elewacji budynku gdzieś ginąć mi z pola widzenia. Parę metrów dalej jest przejście, które jest zablokowane przez lasery. Nie możemy przez nie przejść tak o po prostu, ale nie możemy się też nimi sparzyć. Przełącznik do ich odblokowania znajduje się za nimi. Siedzę i kombinuje, jak mam się tam dostać, druty prowadzą donikąd. Strzeliłem i pocisk przeleciał przez gęstą blokadę likwidując ją jednocześnie. Zdarzyło mi się obcować z futurystycznymi tytułami, w których przejście było blokowane przez coś a’la laser. Ale nie szło się przebić przez jego światło ani fizycznie ani balistycznie. No cóż…

Przejście jednego korytarza (poziomu) zajmuje około godziny czasu. Twórcy są cwani i pomyśleli, co tu zrobić żeby Iksiński nie parł cały czas do przodu. Atakujący nas wrogowie nie będą się z nami cackać na żadnym poziomie trudności. Nie chowają się za murkami, nie kucają. My zresztą też nie możemy kucnąć. Ot nawet jak jest miejsce, gdzie zgarbiony przejdzie, my na kuckach nie mamy szans, bo po prostu nie potrafimy. Jak pisałem, wróg nie kitra i nie czai się po kontach. A to oznacza tylko jedno – wojnę totalną! Wróg napiera często i gęsto, bez żadnych zahamowań. Praktycznie każda moja walka kończyła się atakiem na wstecznym. Niestety przyzwyczaiłem się do czajenia się za murkami i różnymi innymi osłonami. Hard Reset Redux niestety wojennymi szachami mnie nie uraczył. Nie ma mięsa, nie ma krwi, za to elektroniczny złom ściele się gęsto i jest nadto agresywny.

W trakcie gry zginąłem chyba tylko raz. Bieganie tyłem i prucie z karabinu ile wlezie i gdzie się da przynosi pożądany skutek.  Broni do dyspozycji mamy tylko dwie i aż dwie. Tutaj nic się nie zmieniło. Ze zwykłego karabinu możemy zrobić automat, granatnik, wyrzutnie rakiet, strzelbę i co tam się jeszcze da. Druga siecze wroga jakąś kulą energii. Dla urozmaicenia rozgrywki można oręż zmieniać, ale tak naprawdę całą grę mimo stosowanych co rusz ulepszeń przeszedłem z automatem w ręku. Z rozbitego przeciwnika wysypują się nie tylko apteczki, ale także osłonę i amunicję. Muszę przyznać, że na ilość zdobyczy nie mogłem narzekać. Choć na wyższych poziomach trudności zdarza się zdobyć apteczkę z minimum HP. Gra dosyć często prowadzi zapis w kluczowych miejscach, oczywiście sami też możemy dokonać ręcznego zapisu postępu.

Screenshot-Original(4)

Graficznie Hard Reset Redux nie prezentuje się wiele lepiej od pierwowzoru. Od edycji Redux oczekuje się grafiki w FHD, nowych i lepszych animacji i tekstur, może jakieś dodatkowej kampanii czy jednej lub dwóch misji więcej. A może to ja mam po prostu zbyt wygórowane oczekiwania? Mam nieodparte wrażenie, że Flying Wild Hog chciało siłą wejść ze swoim tytułem z 2011 roku na rynek konsol obecnej generacji. Niestety po spędzeniu z grą około 10h i 2h z gameplay’em PC sprzed 5 lat nie widzę zbyt wielu różnic in plus. Dopisek Redux jest niestety hasłem na wyrost. Twórcy powinni spojrzeć w kierunku Metro i przedostatniego Tomb Raidera.

Do oprawy dźwiękowej przyczepić się nie mogę. Dzięki wam Twórcy, za to że do gry aktorskiej nie wpletliście rodzimego dubbingu. Muzyka nabiera tempa, gdy zbliżamy się do miejsca, w którym naciera na nas wielu wrogów i buduje atmosferę akcji. Brzmi nieźle, taka ostra elektronika, która daje po bębenkach, ale na swoją playlistę w telefonie bym tego nie wrzucił. Dużo bardziej podobał mi się soundtrack z futurystycznej trylogii Mass Effect. Niestety nie ma co porównywać budżetu polskiego studia z Electronic Arts. To póki co dwie różne ligi.

Screenshot-Original(2)

Flying Wild Hog tym remasterem przestrzeliło sobie nieco stopę. Hard Reset Redux nie dość, że nie wniósł nic nowego w stosunku do pierwowzoru, to powielił na dodatek te same błędy. Po tytuł zapewne sięgnąć osoby, które nie miały okazji wcześnie zapoznać się z tą produkcją. Nie mam na myśli tego, że ta gra jest słaba, ale do gatunku nie wnosi zupełnie nic, korzysta ze starych, sprawdzonych rozwiązań i nie jest niczym więcej niż typowym arcade’owym shooterem z bezmyślnym AI wroga. Hard Reset Redux to staroszkolna strzelanka na góra dziesięć godzin. Wrócę do niej dopiero wtedy, gdy ogarnę swoją kupkę wstydu. Gdyby twórcy gry wydali ją jako bundle do drugiej części, to przyjąłbym taki pakiet z otwartymi ramionami…

Zdjęcie profilowe Piotr Malinowski
Magister dziennikarstwa, wkrótce także technik informatyk. Gry to jego pasja od ponad 20 lat. Zaczynał na C64, dziś gra na PC i Xbox One, w podróży także na smartfonie z systemem Windows Phone.