Recenzja: Tiny Troopers: Joint Ops

Hej ho, hej ho, na wojnę by się szło! Ile to już mieliśmy gier o tematyce wojennych? Całe multum! Zabrakło by palców u rąk i nóg i dni w roku żeby je wszystkie zliczyć. Choć zazwyczaj są to typowo dla gatunku gry FPS, to czasem przytrafi się jakaś strategia albo zręcznościówka. Ponadto jeżeli czerpie się wzorce chociażby z Cannon Fodder, to chyba musi być dobrze?

Screenshot-Original (11)

Tiny Troopers to gra znana głównie graczom z urządzeń mobilnych na systemach iOS, Android oraz Windows Phone. Obecne wydanie, które wpadło w moje łapki to kwintesencja obydwu części, które żywcem przeniesiono z platform przenośnych na konsole nowej generacji.

Po uruchomieniu wita nas menu z małymi żołnierzykami oraz wojska muzyka na modłę, oczywiście jakżeby inaczej, wojsk amerykańskich. Zanim ruszymy do boju, warto zapoznać się z krótkim i prostym samouczkiem, który przedstawia nam mechanikę rozgrywki. Ta do skomplikowanych nie należy. Poruszamy się za pomocą lewej gałki, zaś wychylenie prawej powoduje oddanie ognia w obranym przez nas kierunku. Prawda, że proste? Czasem w nasze łapki wpadną, granaty, rakietnice i możliwość wezwania nalotów bombowych. Dodatkowe formy anihilacji oponenta wywołujemy poprzez przytrzymanie odpowiedniego triggera lub bumpera, wtedy za pomocą lewej gałki poruszamy celownikiem by namierzyć nasz cel. Wydaje się proste, ale czasami zdarzało mi się wysadzić moich chłopaków.

Screenshot-Original (15)

Jako, że konsolowe wydanie nosi podtytuł Joint Ops, poza standardowymi misjami z pierwowzoru, do dyspozycji dostajemy także drugą kampanię jednostek specjalnych. Różnice między obydwiema są znikome, poza terenami działań, ta druga jest po prostu trochę ciekawsza, natomiast nadal chodzi o to samo. Podstawowa kampania składa się z trzech subkampanii, w każdej około do 10 misji. Większość zadań polega na eksterminacji żołnierzy przeciwnika, zniszczenia budynków, odbicia i odeskortowania więźniów. Trafiają się też misje przetrwania. Rozgrywamy je albo na małej mapie gdzie w pojedynkę lub z wirtualnym kompanem stawiamy czoła hordom niemilców lub jedziemy w wozie opancerzonym jako operator działka i strzelamy do wszystkiego co się rusza. Za każdego ubitego wroga dostajemy punkty, a za punkty mamy bonusy. O nich za chwilę. System rozgrywki przewidział także punktację ujemną, bo czasem zdarzy się, że pod kule wpadnie jakiś zakręcony cywil.

Punkty zdobywamy za działania bieżące i znajdźki w postaci chociażby nieśmiertelników, do tego na mapie znaleźć możemy od 1 do 3 medali, które też robią za walutę w grze. Za kredyty kupujemy ulepszenia między misjami, nowe stroje (wg mnie bezsensowna opcja na marnowanie kasy) oraz dodatkowego żołnierza, który będzie dostępny na jedną misję. Tutaj pojawia się mały haczyk, najpierw musimy daną jednostkę odblokować za pomocą zdobytych medali, a dopiero potem możemy ją wykupić na najbliższą misję za pomocą kredytów (też z tego nie korzystałem, skupiając się jedynie na rozwoju jednostek i ich uzbrojenia). Wysokość otrzymywanych kredytów w trakcie misji zależny jest od tego jaki mnożnik sobie wypracowaliśmy. Przyznam, że czasem ciężko było uciułać sporą pulę, bo wrogów na mapie było mało. Nagradzani jesteśmy także na koniec za wykonane zadania. Jednostki poległe na placu boju możemy po każdej misji wskrzeszać za zdobyte medale. Jeśli tego nie zrobimy, to w następnej misji jedna z jednostek może do nas trafić z podstawową rangą. Każda wygrana misja bez strat to awans jednostek na wyższy poziom. Wyższy poziom to lepsza celność, wytrzymałość i szybkość.

Poziom trudności, nawet najniższy może niekiedy stanowić wyzwanie, nawet wtedy zdarzało mi się powtarzać misję. Na szczęście za zdobywane kredyty możemy w trakcie misji wykupić sobie wsparcie w postaci apteczek dla całego oddziału, granatów, rakietnic, zrzutów lotniczych czy dodatkowego żołnierza. Oczywiście żeby nie było łatwo, to ceny są dosyć wygórowane. Jednak z wsparcia czasem warto skorzystać, zwłaszcza jeżeli przed nami stoi czołg, wieżyczka czy cokolwiek innego co do nas strzela i nie chce dać się szybko zniszczyć, a my nie mamy pod ręką nawet granatu.

Screenshot-Original (7)

Jako że Tiny Troopers: Joint Ops to port przeniesiony z małych na duże ekrany, to nie spodziewajmy się rewolucji w grafice. Praktycznie nie zmieniła się ona w ogóle, twórcy jedynie dopracowali rozdzielczość pod większe wyświetlacze. W dzisiejszych czasach skalowanie ma średnie znaczenie, dlatego że  obecne matryce w smartfonach i tabletach dysponują już rozdzielczością Full HD i wyższą, zmierzając już powoli do 4K. Grafika jest nadal ładna, kolorowa, gdzieś po cichu kojarząca mi się ze starszymi tytułami tego typu, choć na myśl jako pierwsze przychodzą mi Wormsy. Sam nie wiem czemu. Może dlatego, że jest tak po prostu jakoś komiksowo.

Tak jak wspominałem, ścieżka dźwiękowa to utwory o tonacji i brzmieniu stricte wojskowym i ma nas wkręcić w rozgrywkę. Robi to świetnie, szkoda że utwory są tak powtarzalne, że moglibyśmy je zacząć nucić na drugi dzień. Dźwięki wybuchów i strzałów robią wrażenie, a już szczególnie piskliwe głosy żołnierzy.

Tiny Troopers: Joint Ops przewija się przez ostatni czas przez moją świadomość za pomocą różnych ofert promocyjnych na Xbox One. Po bliższym zapoznaniu się z nią stwierdzam, że z tytułem warto się zaprzyjaźnić. Choć twórcy poszli szlakiem utartych schematów i nie wnieśli do gatunku niczego nowego, to dawno takiej gry nie mieliśmy. Misje choć powtarzalne i schematyczne, potrafią wciągnąć i dać tych kilkanaście godzin przedniej zabawy. W sam raz dla dzieciaków i na rodzinne spotkania. Muszę jednak przyznać, że jest to tzw. „one timer”, do którego zbyt szybko nie wrócę, ale chętnie odpalę dzieciakom, które wraz z rodziną zjawią się w moim domu. Grę można w tej chwili nabyć za kwotę 35 zł, więc za śmieszne pieniądze. Warto taki tytuł wrzucić do swojej biblioteki.

Zdjęcie profilowe Piotr Malinowski
Magister dziennikarstwa, wkrótce także technik informatyk. Gry to jego pasja od ponad 20 lat. Zaczynał na C64, dziś gra na PC i Xbox One, w podróży także na smartfonie z systemem Windows Phone.